sobota, 11 października 2014

Francja po raz pierwszy!



Francja, Francja, Francja. No, o tak to właśnie było.


Pierwszy raz do Francji wyruszyłam będąc w I klasie liceum. Była to moja pierwsza wycieczka za granicę bez rodziców (szkolna, bo szkolna, ale zawsze coś) Wyruszyliśmy z Gorzowa Wielkopolskiego małym busem, pełnym wesołej dość młodzieży. Trzeba przyznać, że droga do najprzyjemniejszych nie zależała. Wszędzie czuć było zapach kabanosów i innych nieprzyjemnych rzeczy. Dokładnej trasy nie pamiętam, gdyż większość przespałam (warto zauważyć, że cierpię na ciekawą przypadłość pozwalającą przespać mi większą część podróży autokarowych)




Zdjęcia pochodzą z małych, malowniczych miejscowości położonych na południu Francji, w regionie zwanym Prowansją. Niespecjalnie pamiętam nazwy, gdyż były ciężkie do wymówienia, a tym samym do zapamiętania. Z resztą, nie sądziłam, że będę potrzebowała kiedykolwiek nazw tych mieścin.


Zatrzymaliśmy się w przepięknej miejscowości Le Barroux (tak, tą nazwę zapamiętam do końca życia) Jest to bardzo małe miasteczko, położone w większości u stóp zamku, w którym przyszło nam spędzić 3 dni. Le Barroux od razu skradło moje serce ciasnymi uliczkami, okiennicami, spokojem oraz starszymi paniami malującymi na ulicy.





Rzygacze takie piękne, wow. 






O, francuski kot.







Odwiedziliśmy również Awinion, ale o tym opowiem później.


sobota, 16 listopada 2013


 Siedząc w ten zimny i ponury wieczór w domu, jedząc mandarynki i ucząc się na sprawdzian z hiszpańskiego pomyślałam sobie, jak wspaniale byłoby wygrzewać się teraz na jednej z gorących plaż, na totalnie innym kontynencie, w totalnie innym otoczeniu. Zachciało mi się wyjazdu. Znowu. Właściwie, myśl o tym, że w przyszłości będę mogła mnóstwo podróżować, napawają mnie czymś w rodzaju "zapału do nauki", czy coś takiego.
Odkąd pamiętam podróżowanie było wieeeeeeelką częścią mojego życia. Nie mówię o Bóg wie jakich, dalekich podróżach. Ale chociażby przeprowadzkach, czy spontanicznych wyjazdach, to tu, to tam. Jako,że Ojciec mój marynarzem jest, mówią, że mi w genach przekazany został bakcyl podróżniczy. Z tym, że Padre mój MUSI pływać (co za tym idzie podróżować), a ja zwyczajnie CHCĘ. Tak czy siak Rodzina moja nigdy na dupie siedzieć nie potrafiła. Tym samym ja, biedne dziecko, wożona byłam z miejsca na miejsce, ni to w celu rozrywkowym, ni to w celu edukacyjnym. Kij ich wie. Kiedyś raczej mnie to męczyło, dziś im za to dziękuję. Przez lata zastanawiałam się, co będę robić w życiu, za jaki zawód się zabrać.Ani ze mnie matematyk, ani żaden poeta, toteż w okresie matur oraz składania śmiesznych podań na studia sama nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Rodzice stawiali na angielski, ja bardziej chciałam zostać meteorologiem, składając również podania na Turystykę i Rekreację. Ot tak, bo kierunek lajtowy i łatwo się dostać. No i się dostałam. Przypadek, zrządzenie losu, karma, fatum, cokolwiek. Coś, co zdecydowało o tym, co będę studiować. Dopiero te studia otworzyły mi oczy i uświadomiły, że to jest TO.



                                     




piątek, 15 listopada 2013

Start.

Ciężkie początki, jak zawsze. Takie przemyślunki wszelkiej maści. Gdzie byłam i gdzie dostać się pragnę.