sobota, 16 listopada 2013


 Siedząc w ten zimny i ponury wieczór w domu, jedząc mandarynki i ucząc się na sprawdzian z hiszpańskiego pomyślałam sobie, jak wspaniale byłoby wygrzewać się teraz na jednej z gorących plaż, na totalnie innym kontynencie, w totalnie innym otoczeniu. Zachciało mi się wyjazdu. Znowu. Właściwie, myśl o tym, że w przyszłości będę mogła mnóstwo podróżować, napawają mnie czymś w rodzaju "zapału do nauki", czy coś takiego.
Odkąd pamiętam podróżowanie było wieeeeeeelką częścią mojego życia. Nie mówię o Bóg wie jakich, dalekich podróżach. Ale chociażby przeprowadzkach, czy spontanicznych wyjazdach, to tu, to tam. Jako,że Ojciec mój marynarzem jest, mówią, że mi w genach przekazany został bakcyl podróżniczy. Z tym, że Padre mój MUSI pływać (co za tym idzie podróżować), a ja zwyczajnie CHCĘ. Tak czy siak Rodzina moja nigdy na dupie siedzieć nie potrafiła. Tym samym ja, biedne dziecko, wożona byłam z miejsca na miejsce, ni to w celu rozrywkowym, ni to w celu edukacyjnym. Kij ich wie. Kiedyś raczej mnie to męczyło, dziś im za to dziękuję. Przez lata zastanawiałam się, co będę robić w życiu, za jaki zawód się zabrać.Ani ze mnie matematyk, ani żaden poeta, toteż w okresie matur oraz składania śmiesznych podań na studia sama nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Rodzice stawiali na angielski, ja bardziej chciałam zostać meteorologiem, składając również podania na Turystykę i Rekreację. Ot tak, bo kierunek lajtowy i łatwo się dostać. No i się dostałam. Przypadek, zrządzenie losu, karma, fatum, cokolwiek. Coś, co zdecydowało o tym, co będę studiować. Dopiero te studia otworzyły mi oczy i uświadomiły, że to jest TO.



                                     




piątek, 15 listopada 2013

Start.

Ciężkie początki, jak zawsze. Takie przemyślunki wszelkiej maści. Gdzie byłam i gdzie dostać się pragnę.