Francja, Francja, Francja. No, o tak to właśnie było.
Pierwszy raz do Francji wyruszyłam będąc w I klasie liceum. Była to moja pierwsza wycieczka za granicę bez rodziców (szkolna, bo szkolna, ale zawsze coś) Wyruszyliśmy z Gorzowa Wielkopolskiego małym busem, pełnym wesołej dość młodzieży. Trzeba przyznać, że droga do najprzyjemniejszych nie zależała. Wszędzie czuć było zapach kabanosów i innych nieprzyjemnych rzeczy. Dokładnej trasy nie pamiętam, gdyż większość przespałam (warto zauważyć, że cierpię na ciekawą przypadłość pozwalającą przespać mi większą część podróży autokarowych)
Zdjęcia pochodzą z małych, malowniczych miejscowości położonych na południu Francji, w regionie zwanym Prowansją. Niespecjalnie pamiętam nazwy, gdyż były ciężkie do wymówienia, a tym samym do zapamiętania. Z resztą, nie sądziłam, że będę potrzebowała kiedykolwiek nazw tych mieścin.
Zatrzymaliśmy się w przepięknej miejscowości Le Barroux (tak, tą nazwę zapamiętam do końca życia) Jest to bardzo małe miasteczko, położone w większości u stóp zamku, w którym przyszło nam spędzić 3 dni. Le Barroux od razu skradło moje serce ciasnymi uliczkami, okiennicami, spokojem oraz starszymi paniami malującymi na ulicy.
Rzygacze takie piękne, wow.
O, francuski kot.
Odwiedziliśmy również Awinion, ale o tym opowiem później.